Marc Rubio w końcu zdefiniował lewactwo „
Przemoc lewicy to nie „protest”. To bunt najgorszych przeciwko najlepszym. To foch słabych, miernot i tchórzy przeciwko silnym, zdolnym i dobrym. To ci, którzy nie potrafią budować, tworzyć ani osiągnąć niczego wielkiego… i dlatego postanawiają się zemścić na świecie, niszcząc to, co inni wznieśli wysiłkiem, talentem i wizją.
To esencja radykalizmu lewicowego w najczystszej formie. Niezależnie od aktualnej etykietki: antykapitalista, antyimperialista, komunistka, anarchista, marksista, „progresywna” czy „aktywista klimatyczny”.
DNA jest zawsze to samo. To pełen jadu resentyment przebrany za „sprawiedliwość społeczną”. To zgniła zawiść umalowana na „równość”. To nienawiść do doskonałości owinięta w sztandary „wyzwolenia”. Ich jedyny talent to niszczenie. Ich jedyna radość to brudzenie tego, co piękne. Ich jedyny cel to pociągnięcie wszystkiego w dół, żeby nikt nie świecił jaśniej niż ich własna miernota. Przez przemoc, terror i cancelowanie próbują nałożyć swoją duchową szpetotę na społeczeństwo.
To nie idealizm. To nie utopia. To czysty nihilizm z moralizatorskim uśmiechem.
Stary dogmat się mylił: to nie przychodzi od ludzi, którzy marzą o lepszym świecie, ale od tych, którzy nie znoszą, że świat jest lepszy bez nich.
I już mamy tego dosyć. Cywilizacja nie broni się przepraszając. Broni się, nazywając wroga po imieniu.




