„Może UE nie jest idealna, ale jakie mamy wyjście?” — to zdanie robi dziś w Polsce zawrotną karierę. Powtarzane z westchnieniem, z rezygnacją, czasem z poczuciem wyższej mądrości. Jakby było ostatnim racjonalnym argumentem w dyskusji. Problem w tym, że to nie jest argument. To jest kapitulacja ubrana w rozsądek.
Bo co właściwie ono znaczy? Że skoro coś jest wadliwe, drogie, coraz bardziej niedemokratyczne i coraz mniej reformowalne, to należy przestać o tym mówić? Że brak „łatwego wyjścia” oznacza zgodę na każde nadużycie? To logika małżeństwa, w którym jedna strona mówi: „może bije i krzyczy, ale gdzie ja pójdę?”.
Unia Europejska nie jest religią ani losem zapisanym w gwiazdach. Jest konstruktem politycznym, który albo służy państwom członkowskim, albo zaczyna służyć samemu sobie. I dokładnie w tym miejscu jesteśmy. Krytyka UE nie oznacza natychmiastowego „Polexitu”, tak jak krytyka rządu nie oznacza chęci spalenia państwa. Ale w Polsce z jakiegoś powodu wmówiono ludziom, że są tylko dwie opcje: bezwarunkowa akceptacja albo katastrofa.
To zdanie — „jakie mamy wyjście” — jest ulubionym narzędziem elit. Bo zamyka dyskusję. Odbiera prawo do stawiania warunków. Robi z obywatela zakładnika „większego dobra”, którego nikt już nie definiuje. A skoro nie ma wyjścia, to nie ma też sensu się sprzeciwiać, negocjować, reformować. Wystarczy się dostosować.
Tylko że historia uczy czegoś dokładnie odwrotnego. Każda struktura, której nie wolno krytykować, zaczyna się psuć szybciej. Każda władza, która słyszy wyłącznie „no trudno, nie ma alternatywy”, w końcu uznaje, że alternatywą jest… jeszcze więcej tej samej władzy.
Polska nie stoi dziś przed pytaniem: „czy wyjść z UE?”. Stoi przed pytaniem dużo poważniejszym: czy w UE jeszcze wolno mówić „nie”, czy już tylko „tak, oczywiście, proszę bardzo”. Bo jeśli jedyną odpowiedzią na centralizację władzy, obchodzenie wet, kreatywną księgowość demokracji i euro-absurdy cenowe jest wzruszenie ramion, to znaczy, że problem jest głębszy niż sama Unia.
Wyjście zawsze istnieje. Czasem jest nim renegocjacja. Czasem twardy sprzeciw. Czasem budowanie koalicji państw, które myślą podobnie. A czasem po prostu odmowa udawania, że wszystko jest w porządku.
Najgorsze, co może się przydarzyć Unii Europejskiej, to nie bunt. To rezygnacja. Milcząca zgoda ludzi, którzy już nie wierzą, ale jeszcze się boją. Bo imperia nie rozpadają się wtedy, gdy ktoś je krytykuje. Rozpadają się wtedy, gdy wszyscy mówią: „no cóż… jakie mamy wyjście?”.
FB Okiem Polaka





